Paszcza piekieł – Schody Kawowe

Kwidzyński kwartalnik historyczno-kulturalny, ukazuję się od 1999 roku

,

Paszcza piekieł

Ryba, chleb, pasterz… symbole, którymi wiara chrześcijańska przekazuje to co niewypowiadalne, co przekracza nasze ziemskie doświadczenie. Sztuka sakralna zna wiele znaków i metafor, którymi żyła wyobraźnia wieków średnich. Jeden z nich i to dosyć wyjątkowy możemy odnaleźć w kwidzyńskiej katedrze.


Adam Nosko

Publikacja w nr 1/2020

W jednym z poprzednich numerów starałem się przybliżyć czytelnikom temat związany z polichromiami w kwidzyńskiej konkatedrze. Malowidła te mają to nieszczęście, iż są efektem prac konserwatorskich prowadzonych w XIX wieku, co według części badaczy sztuki sakralnej znacząco zaniża ich wartość. Można nawet spotkać opinie, iż usterki powstałe podczas owego przemalowania dyskwalifikują je jako źródło wiedzy o zdobieniu ścian świątyń w średniowieczu, czyli temat zamknięty, nie ma o czym mówić. Z drugiej zaś strony wielokrotnie miałem okazję spotykać wykładowców, między innymi z dwóch najbliższych Kwidzynowi uczelni wyższych, gdy wraz ze studentami odwiedzali kwidzyńską świątynię pw. św. Jana Ewangelisty właśnie z powodu tych malowideł. Nie da się w ramach krótkiego artykułu rozstrzygnąć wszystkich wątpliwości na temat ich jakości. Temat zasługuje na wyczerpanie w ramach prac szerszego grona, tym bardziej, że sam zespół malowideł to rzadkość w skali międzynarodowej. Na potrzeby tego artykułu pozwolę sobie przyjąć założenie o etosie pracy, którym kierowali się konserwatorzy, starając się oddać w miarę możliwości średniowieczny pierwowzór jak najlepiej. Tym czym zamierzam czytelników zainteresować, jest pewien motyw występujący w dwóch różnych przedstawieniach, który w angielskiej terminologii nosi nazwę hellmouth, a Polsce możemy znaleźć go pod nazwami „paszcza piekieł”, „piekielne szczęki”. Owe malowidła, na których piekielna paszcza się pojawia, to scena w nawie południowej, będąca częścią cyklu pasyjnego, przedstawiająca zejście Chrystusa do otchłani (fot. 1) oraz w nawie północnej przedstawiająca przypowieść o pannach mądrych i pannach głupich (fot. 2, 3). Ten sposób ukazywania bramy do czeluści piekła nie ma znanego nam autora. Najstarsze zachowane wyobrażenie paszczy piekielnej to znajdu


Widać w moim głośnie musi być straszliwa tęsk-
nota, bo dziadek zaczyna się śmiać. Mówi, że
owszem, nogi ma przemoczone, ale w domu posie-
dzi przy piecu, potem zrobi makaron, ugotuje
kartoflankę (cały czas pamiętam jej pyszny smak
i zapach – dużo laurowych liści i angielskiego ziela)
i wczesnym wieczorkiem wyjdziemy saneczkować.
Jestem szczęśliwy, jestem w siódmym niebie. Wiatr
wieje coraz mocniej, otulam się szalikiem i widzę,
że w okamgnieniu minęło kilka dziesięcioleci. Jest
rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy – ciemno
i pusto, pandemia, epidemia, zaraza. Jeszcze dość
wcześnie, a miasto ciche, ulice bezludne, nikogo tu
na Batalionów nie ma, tylko ja i duchy. Czas, nie-
stety, jednak jest. Wbrew temu, co pisałem wcze-
śniej, jednak jest. Próbuję się z nim dogadać, obła-
skawić go, ale nic z tego nie wynika. Mimo to i tak
wdzięczny mu jestem za te czary, takie, jak ta nie-
dawna chwila, gdy mogłem przejechać się na san-
kach z Dominikiem jeszcze raz. A propos sanek
– na solidne zabawy na „Górce Hitlera” byłem
raczej za mały. Ze Starozamkowej wyprowadziłem
się w wieku siedmiu lat. Kilka razy zdarzało mi się
jeno spoglądać z przydomowego ogrodu na dzikie,
a rozkoszne zimowe harce starszych dzieciaków.
Mogłem zjeżdżać tylko z dziadkiem.

Wiatr coraz bardziej przenikliwy, trzeba obudzić
się z tej sielankowej ułudy, przestać sobie wmawiać,
że jest rok 1970. Idę w kierunku miasta. Mijam nie-
gdysiejszą „Słodką dziurkę”, gdzie (kiedyś) kupo-
wałem namiętnie gumę do żucia „Donald” i jakieś
dropsy, batoniki, a potem, już w podeszłym wieku
lat osiemnastu, dziewiętnastu, bułgarskie wino
cabernet sauvignon. Pomnę, że sklep był otwarty
w soboty do późna, zatem stawał się celem wielu
przedimprezowych wypraw. Jestem na ulicy Hal-
lera, która na chwilę jest ulicą Świerczewskiego,
czas staje się choć trochę podległ y mojej woli,
łaskawy.Jest wiosna, pamiętam dokładnie, że kwitły kasztanowce, a więc zapewne to maj. Silna
ulewa sprawiła, że z budynku (obecnie Hallera 1)
opadł tynk, zaś spod niego wyłoniły się niemiec-
kojęzyczne napisy, jakiś sklepowy szyld, fantazyjne
stylizowane na gotyk litery. My, dzieciaki z Piątki,
lataliśmy to oglądać. Ktoś z władz szkoły (zapewne
dyrektor) zabronił nam nie dość, że tam chodzić,
co po prostu wychodzić podczas przerw na dzie-
dziniec przed szkołą, bo mogliśmy na tę haniebną
niemczyznę patrzeć przez płot. Następnego dnia,
na lekcji wychowania obywatelskiego, zapytałem
nauczyciela (pozwolę sobie udać, że nie pamię-
tam jego nazwiska), jak to właściwie z tymi Niem-
cami jest, dlaczego tu mieszkali, dlaczego w let-
nich miesiącach sporo ich tu przyjeżdża. W odpo-
wiedzi usłyszałem, że mam się nie interesować i na
dodatek oberwałem linijką po łapie. Pamiętam też
echa afery, którą wywołało ówczesne kierownictwo
Piątki, likwidując (tłukąc i wyrzucając na śmietnik)
witrażowe okna auli i sali gimnastycznej. Konser-
wator zabytków się wściekał, a „gremia kierowni-
cze” tłumaczyły się, iż myślały, że czynią dobrze,
wszak to było niczyje i niepotrzebne, bo niemiec-
kie… W imię najzwyklejszej uczciwości trzeba było
powiedzieć prawdę. Na dodatek ta prawda nie była
zbyt zagmatwana, bolesna. Tak, Niemcy na nas
napadli, tak, usiłowali nas zniszczyć, uważali, że
mają do tego prawo. Na szczęście byliśmy twardzi,
nie daliśmy się, zwyciężyliśmy. A w ramach tego
zwyciężania wzięliśmy to, co się nam należało, czyli
między innymi ziemie, na których leży Kwidzyn.
Nie wiem, na ile udała się ta indoktrynacja pro-
wadzona przez nauczycieli, którzy albo byli zbyt
wystraszeni, albo chcieli mieć święty spokój, albo
sami nie bardzo wiedzieli, jak to było. W każdym
razie było to idealnie dostosowane do wychowaw-
czych założeń made in PRL. Mieliśmy nie zawra-
cać sobie głów „głupotami”, mieliśmy nie wie-
dzieć praktycznie niczego o historii ziemi, na któ-
rej mieszkamy. Całe pokolenia bez przeszłości, ale
ze świetlaną przyszłością typu „telewizor, meble,
mały Fiat”.

Pora wracać, wieczór późny, ludzi ni śladu, kto
nie musi, ten siedzi w domu. Idę zatem w górę mia-
sta Grudziądzką, poprawiam maseczkę, idę wol-
niutko i myślę o moim Kwidzynie, jego historii,
trudnej, dziwnej, momentami dramatycznej, ale
zawsze pięknej. Niby zwyczajne miasto, ale moje.
Jestem z nim zrośnięty nierozerwalnie, w nim się
urodziłem, w nim dorastałem, w nim żyję. Moje,
choć jak mówi jedna z moich kuzynek, starsza pani,
bez mała dziewięćdziesięcioletnia:
– Jacek! Pamiętaj, że my i z nami ty, nie stąd, pamiętaj,
że my zza Buga! A tu germańska ziemia…
Mam nadzieję, że właśnie o tym będę mógł Pań-
stwu opowiedzieć w następnym felietonie…

Widok z ulicy Górnej na wzgórze ulicy Starozamkowej